niedziela, 10 stycznia 2016

1. Pierwszy dzień w raju

Jasmin


Ludzie źle postrzegają wartość pieniądza. Stawiają je teraz na pierwszym miejscu. Czują się wtedy bardziej dowartościowani? Lepsi? Bezpieczni. Sądzą, że pieniądze zagwarantują im długie i zdrowe życie. Tymczasem często bywa na odwrót. Człowiek musi pojąć, że nie klasyfikują nas pieniądze a czyny. To nie ilość cyfr na koncie, świadczy o nas tylko to co bez nich robimy. Tym miłym akcentem witam Was na naszym blogu, i zapraszam do czytania! Bo w końcu... Czym byłby świat bez odrobiny szaleństwa?

***
Zawsze sądziłam, że wszystko co nam się przytrafia dzieję się nie bez powodu. Przypadki nie istnieją. Ta teza utrzymuje mnie przy życiu już od wielu lat, i uratowała mnie dzisiejszego ranka. Zmieniłam bieg wspominając jakże miłą pobudkę. Otóż zatrzymałam się w jednym z tych wielu moteli, znajdujących się przy każdej drodze stanowej. Wynajęłam pokój, na fałszywy dowód oczywiście, umyłam się, zjadłam coś i wykończona poszłam spać. Na szczęście gdzieś tak o 4 nad ranem obudziłam się, nagły impuls przerażenia. Na dworze było już jasno co tylko ułatwiło sprawę. Ktoś mnie wytropił, nie mogłam wtedy stwierdzić jak ale no cóż, stało się. Wciąż nieruchomo leżąc w łóżku, zobaczyłam postać usiłującą zajrzeć przez szparę w zasłonach do pokoju. Jak widać wciąż nie byli pewni czy to ja, w przeciwnym razie już byłabym martwa. Cholera. Kiedy w końcu odszedł, wstałam szybko, spakowałam wszystkie rzeczy i się ubrałam. W ciągu dwóch minut byłam już gotowa. Zaczęło do mnie docierać, że ktoś nas wszystkich wsypał. Nie tylko ja byłam w niebezpieczeństwie. Ale szczęście mi sprzyjało, parking był po przeciwnej stronie budynku niż moi nowi koledzy. A już największym trafem, okazało się, że w łazience znajduję się okno, które było tuż przy parkingu. Cóż za cud! Pomyślałam. Owszem mogłabym ich łatwo zabić, ale to ściągnęło by tylko na mnie jeszcze większe zagrożenie, no i upewniło ich, że to ja. A do tego nie mogłam dopuścić. Był upalny sierpień, więc ruch niewielki, to mi akurat nie było na rękę. Ostatnie co mi teraz pozostało po korporacji to ISO- inteligenty system obrony. Cudna bransoletka, która nie pierwszy raz uratowała mi życie i pewnie nie ostatni. Był w niej ukryty nóż, więc nie musiałam niczego innego przy sobie nosić. No może oprócz beretty. Wyważyłam moskitierę, wyrzuciłam torbę przez dosyć wysoko znajdujące się okienko. Następnie z wyskoku jakoś wygramoliłam się na zewnątrz. Moje, niestety wzbudzające podejrzenia kuloodporne porsche, stało akurat w pierwszej linii, nikt nie mógł mnie więc zobaczyć. Może i porsche nie rzucało się w oczy ale nie mogłam nim pojechać do LA. A tam właśnie zmierzałam, otóż każdy z nas miał plan awaryjny, dom, papiery, broń i nowe życie. Ja musiałam tam tylko dojechać, niezauważona. Nie wiedzieli czym jeżdżę, więc przez jakiś czas byłam bezpieczna. Przemierzałam stanową przez najbliższe parę godzin, na granicach Arizony zatrzymałam się w jakiejś mieścinie. Zaparkowałam na tyłach jakiegoś baru, kluczyki zostawiłam w stacyjce. Szkoda mi było go zostawiać, przywiązałam się do niego, ale nie miałam innego wyjścia. Wyjęłam torbę i ruszyłam w stronę osiedla. Nie musiałam długo szukać, tuż przed jednym z pierwszych domów stał zaparkowany mustang shelby na sprzedaż. Piękny okaz, w idealnym stanie. Może go nawet zatrzymam. Nadawał by się na wyścigi, a ja potrzebowałam kasy. Dużo kasy. Na schodkach przed domem siedzieli młodzi chłopcy popijając piwo i się śmiejąc. Podeszłam do nich lekko i zaczęłam się targować. Niewiele chcieli, ale i tak dużo, a gotówki nie miałam najwięcej. W hotelu zdążyłam jeszcze połamać wszystkie karty kredytowe. Dałam im kopertę, w której było 10.000$ a oni wręczyli mi kluczyki, życząc szerokiej drogi. Mustanga prowadziło się cudownie. Miałam jakieś 400km, pełen bak, a w mieście już czekał na mnie zaprzyjaźniony fryzjer. Podróż minęła szybko, wieczorem o 8 byłam już na miejscu, po fryzjerze, we fioletowych włosach, jechałam do willi w Pasadenie, którą kupiłam jakiś rok wcześniej. Trzydziesty pierwszy sierpnia, jutro poniedziałek, idealnie. Miałam zacząć nowe życie, papiery były już w liceum do którego zamierzam pójść. Czekała mnie ostatnia klasa. Wspomniałam, że mam 18 lat? No więc zmęczona zaparkowałam w garażu, wygramoliłam się z auta i poszłam do domu. Znałam go na pamięć. Spałam tu nie raz. Cholernie zmęczona ruszyłam do sypialni, rozebrałam się, nastawiłam budzik w nowym telefonie, który zdążyłam rozpakować, i wsunęłam się pod kołdrę, sen przyszedł natychmiast. To był ciężki dzień w raju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz