Jasmin
Głośny dźwięk budzika wybawił mnie od kończenia wciąż powracających koszmarów. Bosko. Wkurwiona sięgnęłam po telefon, aby wyłączyć ten cholerny dzwonek. 6:30. Ziewnęłam szeroko zmuszając się do utrzymania przytomności. Ehh nie wyspałam się. Ja się nigdy nie wysypiam. Od 6 jebanych lat. Ale te lata nauczyły mnie też dyscypliny, więc chcąc nie chcąc wstałam z łóżka. Przeciągnęłam się, znowu ziewnęłam i ruszyłam wziąć prysznic. Po prysznicu czekał mnie odwieczny problem każdej z nas:
- W co ja mam się niby ubrać? -
powiedziałam sama do siebie. - Muszę się dziś wybrać na jakieś
zakupy.
Z braku pomysłu sięgnęłam po czarne
szorty i białą, luźną podkoszulkę do pępka. No cóż,
westchnęłam, tyle musi wystarczyć żeby zrobić dobre wrażenie. O
8 była pierwsza lekcja. Super, żadnego rozpoczęcia tylko od razu
lekcje. Na szczęście plan awaryjny był idealny, i uwzględniał w sobie wszystko, łącznie ze wszelkimi rzeczami szkolnymi. Wzięłam jakiś
zeszyt, długopis i to by było na tyle. 7:30, świetnie. Zgarnęłam
z blatu kluczyki, założyłam trampki i ruszyłam do mustanga.
Włożyłam rzeczy do środka i zajrzałam pod maskę. Cudny widok.
Co najciekawsze miał V8, najnowsze wtryski i ogółem mówiąc
zastanawiam się jakim prawem znalazł się na sprzedaż za tak
nijaką cenę. Ah zapomniałam. Prędko wróciłam do sypialni, spod
łóżka wyciągnęłam pudełko po butach. Był tam dowód, i pełno
zwojów banknotów. Łącznie 100 patyków. Wciąż za mało. Wyjęłam
jakieś 500$ i schowałam je do kieszeni. Uśmiechnęłam się
widząc, że od dziś nazywam się Jasmin, moje drugie imię które w
końcu mogę użyć. No tak, dowód jest, ISO na miejscu, beretta
czeka w samochodzie, czyli jestem gotowa. Wreszcie wsiadłam za
kierownice i pojechałam do szkoły. Dotarłam 10 minut przed dzwonkiem,
idealnie. Zaparkowałam blisko wejścia i ruszyłam do sekretariatu.
- Dzień dobry. - uśmiechnęłam się czarująco do wysokiej i szczupłej kobiety, która jak sądzę
ma już parę lat na karku. - Nazywam się Jasmin Hauke, mam w tym roku
zacząć u was naukę.
- Ah tak, rodzice przysłali twoje
dokumenty. - powiedziała, patrząc na idealnie podrobione papiery.
Zacisnęłam zęby na wzmiankę o rodzicach, ale nic nie
powiedziałam. Nie mogłam. Kontrola, pamiętaj. - Idealne oceny,
nienaganne zachowanie, powiedz mi skąd pochodzisz?
- Z Europy. - stwierdziłam, że nie jest
ani warta mojego czasu, ani tych informacji.
- A... Rozumiem. W takim razie proszę,
tu masz numer szafki i kod. - mówiąc to, podała mi małą kartkę. -
A tutaj jest twój plan lekcji.
- Dzięki. - powiedziałam i chwyciłam
kolejną kartkę, a potem wyszłam. Szkoła była nowym, prostym budynkiem,
nic nowego. Korytarz pełen szafek, powoli zapełniający się
uczniami. Spojrzałam na plan, hm coś mało lekcji jak na liceum.
Pierwsza była matematyka, na parterze, klasa nr 5. Z kompletnym
brakiem entuzjazmu weszłam do odpowiedniej klasy, na szczęście
uczniów było niewielu. Wypatrzyłam wolną ławkę na samym końcu,
eh jak ja ich nienawidzę, okropne pojedyncze stoliki z
cholernie niewygodnymi krzesłami, pomyślałam. Jednak najpierw
podręcznik, podeszłam więc do nauczycielki, starszej pani
profesor, hm wydaje się być miła.
- Dzień dobry, jestem Jas, nowa
uczennica, mogłabym dostać książkę?
- Oh tak, słyszałam o tobie, tak tak.
Już momencik. - sięgnęła do szafki w biurku i wyjęła książkę,
którą następnie mi dała. - Mam nadzieję, że ci się u nas
spodoba.
- Dziękuję. - uśmiechnęłam się i
poszłam usiąść we wcześniej wypatrzonej ławce. Rozejrzałam się
po klasie, w której pojawiło się więcej uczniów, witali się po
wakacjach, w dobrych humorach. Stwierdziłam, że nie ma nikogo
wartego zainteresowania więc wyjrzałam przez okno, za którym
rozciągał się widok na parking. Czarny mustang wyróżniał się
na tle innych, bardziej nijakich samochodów. Rozległ się dzwonek,
i w tym samym momencie zobaczyłam trzy auta parkujące z piskiem
opon. Piękne Lamborghini najbardziej zwróciło moją uwagę.
Wysiadła z niego rudowłosa, dobrze zbudowana dziewczyna, z
pozostałych wysiadły dwie brunetki, prezentujące się równie
olśniewająco co ruda. Ruszyły zanosząc się śmiechem do szkoły.
Po minucie wciąż roześmiane weszły do klasy. O taak,
pomyślałam, to jest ktoś warty uwagi.
- Wiecie, że nie toleruję spóźnień. -
nauczycielka już się nie uśmiechała.
- Tak przepraszamy, wie pani, to
pierwszy dzień i w ogóle. - powiedziała wyższa brunetka. Pozostałą
dwójkę zdawało się to nie obchodzić. Ruszyły by usiąść w
jedynych wolnych ławkach jakie pozostały, czyli tych obok mnie, na
końcu. Ruda uśmiechnęła się do mnie, a mniejsza brunetka puściła
mi oko, trzecia zdawała się naprawdę wzruszona tym, że się
spóźniły i skupiła całą uwagę na nauczycielce. Lekcja minęła
dosyć szybko, tak samo jak wszystkie inne. Ze wszystkich 6
przedmiotów tylko na jeden nie chodziłam razem z olśniewającą
trójką. Z tego co zdążyłam zauważyć, owe trzy dziewczyny
budziły z jakiegoś powodu respekt w całej szkole. Nawet w
nauczycielach. Przez głowę przemknęły mi informacje o największym
gangu w LA, Bloods, ponoć trójka założycielek chodziła właśnie
do tego liceum. Kto wie, może to one. Tak czy inaczej, po 5 lekcji
poczułam, że głowa mi eksploduje. Poszłam do łazienki, była w niej
drobna brunetka przyjmująca kasę od jakiejś małolaty, ta gdy mnie
tylko zauważyła schowała co miała i uciekła. Bingo, znalazłam
czego szukałam.
- Co masz?
- Co tylko chcesz. - odpowiedziała ze
śmiechem brunetka.
- Śnieg.
- Proszę uprzejmie.
Po dobitym targu, i wciągnięciu
wspólnie po kresce zanosiłyśmy się śmiechem. Po minucie się
ogarnęłam, lata treningów aby zachować jak najbardziej czysty
umysł, więc chcąc ją podejść spytałam:
- Nie wiesz może gdzie trafie na jakieś
wyścigi?
- A wiem.- na chwilę się opanowała. -
No więc dziś, równo o 12, organizujemy w opuszczonych dokach, kawałek
stąd, wystarczy że skręcisz ze szkoły w lewo i cały czas prosto.
Będzie drogowskaz. Stawka 10 patyków.
- Wchodzę w to. - powiedziałam z
entuzjazmem.
- No i git, a tak w ogóle to Maddie
jestem.
- Jas.
- To do zobaczenia. - pomachała mi na
pożegnanie i chwiejnie wyszła z łazienki.
Godzinę później jechałam już na
zakupy. Potem wróciłam zmęczona do domu, odpoczęłam chwilę
i zaczęłam się szykować. Po prysznicu ogarnęłam włosy,
potraktowałam oczy czarną kredką i tuszem, do tego ni to fioletowa
ni czerwona ciemna pomadka, i to wszystko. Wrażenie było boskie. No
tak, co tu się dziwić, w końcu to ja. Roześmiałam się i poszłam
się ubrać. Krótka, czarna obcisła podkoszulka, oczywiście stringi a na nie kuse, krótkie,
idealnie przylegające szorty i czarne szpilki. Cała na czarno, cudownie. Innych butów nie
brałam, uwielbiam prowadzić boso, a już szczególnie się tak
ścigać. Stwierdziłam, ze berette włożę potem z tyłu w spodnie.
W takim towarzystwie broń jest normalna. Tak tak, bez kabury niebezpiecznie i bla bla bla. Po 4 latach ciągłego obchodzenia się z
bronią ufam jej bardziej niż sobie, więc noszę ją jak mi
wygodnie. Odliczone i zwinięte w rolkę dolary wzięłam do kieszeni,
przejrzałam się ostatni raz w lustrze i wsiadłam do lśniącego
mustanga. Nacisnęłam gaz rozkoszując się dźwiękiem silnika,
następnie wrzuciłam bieg i pojechałam w stronę czasów, za
którymi tak cholernie tęskniłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz