Daria
Obudziłam się przez pukanie do drzwi, a właściwie walenie do nich. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale "uspokoiły" mnie krzyki dziewczyn:
- Ruda,
otwieraj! No otwórz te jebane drzwi bo zaraz je rozwalę!
- Idę, nie
drzyj się tak! - krzyknęłam, podnosząc się z łóżka. Zarzuciłam na siebie szybko
koszulkę, bo miałam na sobie tylko majtki
i szybkim krokiem podeszłam do drzwi, żeby je otworzyć.
- No
nareszcie! - zawołała Maddie, wbijając się do pokoju razem z Jasmin, która
posłała mi lekki uśmiech, przechodząc obok. Westchnęłam głośno i podeszłam do
części kuchennej apartamentu, żeby napić się wody. Dziewczyny rozsiadły się
wygodnie w fotelach, patrząc na mnie wyczekująco.
- No co?! -
zapytałam po dłuższej chwili, mając dość tych spojrzeń.
- Ty dobrze
wiesz co. - odpowiedziała Maddie. - Co tu się działo?
- Nic. -
powiedziałam niemal od razu, a dziewczyny zrobiły minę w stylu "are you
fucking kidding me?!". - O jezu no! Tylko z nim spałam!
- I co
teraz? - zapytała Jas.
- Jak to "co
teraz"? - przewróciłam oczami. - To był tylko seks, nic więcej.
- To nie był
tylko seks. - stwierdziła Maddie. - To był seks z chłopakiem, którego od dwóch
lat nienawidzisz, a przynajmniej do wczoraj tak było.
- Wy nawet
nie wiecie dlaczego go nienawidzę! - krzyknęłam, odstawiając z hukiem szklankę
na blat, prawie ją rozbijając.
- To nam
powiedz do cholery! Jesteśmy przyjaciółkami odkąd pamiętam, a ty ani razu o tym
nie wspomniałaś!
- Już dobrze, powiem wam tylko przestańmy krzyczeć. - powiedziałam spokojnie, kapitulując. Usiadłam na kanapie naprzeciwko dziewczyn i wzięłam kilka głębokich oddechów, żeby się jakoś przygotować na to co zaraz powiem. - A więc tak... Jeżeli jeszcze tego nie wiesz Jas to nasz gang działa od trzech lat, dokładnie od kiedy mój ojciec trafił do więzienia m.in. za swoją działalność przestępczą, ale także za znęcanie się nad moją mamą i rodzeństwem. Swoją "działalność" rozpoczęłyśmy z Maddie krótko przed tym jak go zamknęli. Dostał dożywocie i byłam nieziemsko szczęśliwa, że ten sukinsyn zgnije w pierdlu, a my będziemy budować swoje "imperium" na jego upadłym. I wtedy też właśnie poznałam Nate'a, spotkaliśmy się na wyścigach w jego mieście. Pół roku później dołączyła do nas Nikki, ale nieważne... Po roku czasu gang był już w całkiem dobrej pozycji i ciągle pięliśmy się w górę w hierarchii. Z tym wiązało się większe ryzyko, więcej obowiązków, zadań, ale wszystko co dostawałyśmy w zamian było tego warte. Niestety Nate zaczął mieć problem z moją "karierą" i próbował mnie namawiać, żebym zwolniła tempo. Nie chciałam tego robić bo po pierwsze wiedziałam, że aby coś osiągnąć nie mogę odpuszczać, a po drugie za bardzo podobał mi się ten styl życia jaki prowadziłam. Dodatkowo nie rozumiałam jaki jest jego problem skoro on robi to samo i to nawet dłużej. Kłóciliśmy się praktycznie non stop i przez to wszystko się pochorowałam, a przynajmniej tak wtedy myślałam... Któregoś dnia po jednej z takich kłótni czułam się tak źle, że nie miałam ochoty na nic innego tylko na położenie się do łóżka i spanie do rana. Jednak, kiedy wróciłam do domu moje plany zmącił widok jakichś toreb w "holu" i widocznie czekającej na mnie mamy. Nie zdążyłam wydusić nawet słowa, a ona od razu zaczęła na mnie wrzeszczeć. Krzyczała, że jestem taka jak ojciec, że jestem potworem i mam się wynosić z jej domu... Na koniec rzuciła we mnie zdjęciami, na których było widać m.in. jak przyjmuje towar, pije, palę, ćpam, a także jak zabijam dłużnika. Byłam załamana i nie wiedziałam co mam robić, chciałam mamie to jakoś wytłumaczyć, ale nie dała mi nawet dojść do słowa. Kazała mi wyjść zanim dzieciaki wrócą ze szkoły i przedszkola. Co mogłam zrobić? Spełniłam jej wolę i wyniosłam się z domu, pakując swoje rzeczy do auta. Zrobiłam wtedy jedyną rzecz, która wydawała mi się odpowiednia w tamtej chwili... Postanowiłam pojechać do jednego z naszych magazynów i po prostu zapomnieć o wszystkich problemach. Siedziałam na kanapie i mieszałam wszystko co mieliśmy na składzie: whiskey, wódka, piwo, marihuana, haszysz, kokaina, feta itd. Nie miałam hamulców, moją jedyną myślą było, żeby zapomnieć o tym co mówiła mama, nie chciałam się pogodzić z faktem, że to może być prawda. Patrzyłam na zdjęcia, które mi "dala" i wpadałam w coraz większą rozpacz. W końcu mój organizm nie wytrzymał i zgasłam jak pierdolona świeczka na torcie... Obudziłam się po kilku dniach, w szpitalu, podłączona do miliona urządzeń podtrzymujących życie i bolało mnie całe ciało, ale najbardziej chyba brzuch i jego dolna część. Maddie była przy mnie przez cały czas, to ona mnie znalazła i zawiozła do szpitala. Nawet nie wiem, gdzie wtedy była Nikki, ale nawet o tym nie myślałam. Miałam kompletną pustkę w głowie i nie wiedziałam co się stało. Maddie wytłumaczyła mniej więcej co się stało i zaraz przyszedł lekarz, którego od razu zapytała czy wszystko ze mną okej i kiedy będę mogła wyjść. On powiedział, że nie powie jej nic bo musi mi to powiedzieć w cztery oczy... I wtedy właśnie dowiedziałam się, że ze mną w sumie wszystko w porządku i niedługo mnie wypiszą, ale ilość substancji toksycznych w moim organiźmie była tak duża, że... Straciłam dziecko.
- Już dobrze, powiem wam tylko przestańmy krzyczeć. - powiedziałam spokojnie, kapitulując. Usiadłam na kanapie naprzeciwko dziewczyn i wzięłam kilka głębokich oddechów, żeby się jakoś przygotować na to co zaraz powiem. - A więc tak... Jeżeli jeszcze tego nie wiesz Jas to nasz gang działa od trzech lat, dokładnie od kiedy mój ojciec trafił do więzienia m.in. za swoją działalność przestępczą, ale także za znęcanie się nad moją mamą i rodzeństwem. Swoją "działalność" rozpoczęłyśmy z Maddie krótko przed tym jak go zamknęli. Dostał dożywocie i byłam nieziemsko szczęśliwa, że ten sukinsyn zgnije w pierdlu, a my będziemy budować swoje "imperium" na jego upadłym. I wtedy też właśnie poznałam Nate'a, spotkaliśmy się na wyścigach w jego mieście. Pół roku później dołączyła do nas Nikki, ale nieważne... Po roku czasu gang był już w całkiem dobrej pozycji i ciągle pięliśmy się w górę w hierarchii. Z tym wiązało się większe ryzyko, więcej obowiązków, zadań, ale wszystko co dostawałyśmy w zamian było tego warte. Niestety Nate zaczął mieć problem z moją "karierą" i próbował mnie namawiać, żebym zwolniła tempo. Nie chciałam tego robić bo po pierwsze wiedziałam, że aby coś osiągnąć nie mogę odpuszczać, a po drugie za bardzo podobał mi się ten styl życia jaki prowadziłam. Dodatkowo nie rozumiałam jaki jest jego problem skoro on robi to samo i to nawet dłużej. Kłóciliśmy się praktycznie non stop i przez to wszystko się pochorowałam, a przynajmniej tak wtedy myślałam... Któregoś dnia po jednej z takich kłótni czułam się tak źle, że nie miałam ochoty na nic innego tylko na położenie się do łóżka i spanie do rana. Jednak, kiedy wróciłam do domu moje plany zmącił widok jakichś toreb w "holu" i widocznie czekającej na mnie mamy. Nie zdążyłam wydusić nawet słowa, a ona od razu zaczęła na mnie wrzeszczeć. Krzyczała, że jestem taka jak ojciec, że jestem potworem i mam się wynosić z jej domu... Na koniec rzuciła we mnie zdjęciami, na których było widać m.in. jak przyjmuje towar, pije, palę, ćpam, a także jak zabijam dłużnika. Byłam załamana i nie wiedziałam co mam robić, chciałam mamie to jakoś wytłumaczyć, ale nie dała mi nawet dojść do słowa. Kazała mi wyjść zanim dzieciaki wrócą ze szkoły i przedszkola. Co mogłam zrobić? Spełniłam jej wolę i wyniosłam się z domu, pakując swoje rzeczy do auta. Zrobiłam wtedy jedyną rzecz, która wydawała mi się odpowiednia w tamtej chwili... Postanowiłam pojechać do jednego z naszych magazynów i po prostu zapomnieć o wszystkich problemach. Siedziałam na kanapie i mieszałam wszystko co mieliśmy na składzie: whiskey, wódka, piwo, marihuana, haszysz, kokaina, feta itd. Nie miałam hamulców, moją jedyną myślą było, żeby zapomnieć o tym co mówiła mama, nie chciałam się pogodzić z faktem, że to może być prawda. Patrzyłam na zdjęcia, które mi "dala" i wpadałam w coraz większą rozpacz. W końcu mój organizm nie wytrzymał i zgasłam jak pierdolona świeczka na torcie... Obudziłam się po kilku dniach, w szpitalu, podłączona do miliona urządzeń podtrzymujących życie i bolało mnie całe ciało, ale najbardziej chyba brzuch i jego dolna część. Maddie była przy mnie przez cały czas, to ona mnie znalazła i zawiozła do szpitala. Nawet nie wiem, gdzie wtedy była Nikki, ale nawet o tym nie myślałam. Miałam kompletną pustkę w głowie i nie wiedziałam co się stało. Maddie wytłumaczyła mniej więcej co się stało i zaraz przyszedł lekarz, którego od razu zapytała czy wszystko ze mną okej i kiedy będę mogła wyjść. On powiedział, że nie powie jej nic bo musi mi to powiedzieć w cztery oczy... I wtedy właśnie dowiedziałam się, że ze mną w sumie wszystko w porządku i niedługo mnie wypiszą, ale ilość substancji toksycznych w moim organiźmie była tak duża, że... Straciłam dziecko.
- Byłaś w
ciąży?! - wykrzyknęły dziewczyny jednocześnie zszokowane tym co usłyszały.
- Tak. -
pokiwałam ledwo widocznie głową. - To wszystko przez tego sukinsyna.
- Czyli
nienawidzisz Nate'a dlatego, że zaszłaś z nim w ciążę? - zapytała Jasmin.
- Ale
zaraz... - Maddie potrząsnęła głową. - Czy ty przypadkiem nie byłaś wtedy na
tabletkach antykoncepcyjnych?
- Byłam. -
zaśmiałam się gorzko. - Ale ten pieprzony kutas podmienił mi je na zwykłe
witaminy.
- Jak to?
Skąd wiesz? - oczy dziewczyn były rozmiaru zakrętek od słoików.
- Kiedy już
wypisali mnie ze szpitala zaniosłam je do lekarza, żeby mi powiedział, czy nie
są może jakieś przeterminowane albo coś jest z nimi nie tak i dlatego nie
zadziałały, a on patrząc na mnie jak na idiotkę powiedział mi, że to zwykła
witamina C. Nie zorientowałam się, bo "ktoś" po prostu wyrzucił
odpowiednie tabletki i na ich miejsce wsypał do pojemnika coś o tym samym
zapachu, smaku i wyglądzie... Od razu zaczęłam się zastanawiać kto mógł zrobić
coś takiego. Maddie oraz Nikki odpadały z oczywistych względów, mama też,
rodzeństwo również i jedyną osobą, która została i wiedziała o tym, że biorę
tabletki był Nate.
- I co
zrobiłaś? - zapytała Jasmin, nachylając się.
- To co
zawsze wychodzi mi najlepiej, wielką aferę. - zaśmiałam się. - Wpadłam do jego
domu i zaczęłam go demolować. On próbował mnie uspokoić i dowiedzieć się co się
stało, ale kiedy mu powiedziałam, a właściwie wykrzyczałam zatkało go... Próbował
się tłumaczyć, że chciał dobrze. Liczył, że
kiedy zajdę w ciążę, skończę z "biznesem". Tak bardzo go
nienawidziłam w tamtym momencie, że aż miałam ochotę go zabić, ale postanowiłam zrobić coś gorszego. Opowiedziałam mu o kłótni z mamą i o tym, że "nasze" dziecko nie żyje przez niego i dałam do zrozumienia, że nie chcę mieć z nim więcej nic wspólnego, a jeżeli zbliży się do mnie choć na krok to go zabije.
-
I on to tak spokojnie przyjął do wiadomości?
- Oczywiście, że nie. - przewróciłam oczami. - Próbował się tłumaczyć, ale jak można wogóle próbować wytłumaczyć się z czegoś takiego?! Potem jednak coś mu się odmieniło i zamiast mnie przepraszać to zaczął wrzeszczeć jak mogłam być tak bezmyślna i zabić to dziecko, jakbym zrobiła to specjalnie... Nie mogłam dłużej wytrzymać jego oskarżeń i wyszłam bez słowa... To w sumie wszystko, od tamtej pory go nie widziałam, do wczoraj.
- Wow. - wykrztusiła Maddie. - Przyznam szczerze, że tego się nie spodziewałam.
- Ja tym bardziej. - Jasmin pokiwała głową.
- Oczywiście, że nie. - przewróciłam oczami. - Próbował się tłumaczyć, ale jak można wogóle próbować wytłumaczyć się z czegoś takiego?! Potem jednak coś mu się odmieniło i zamiast mnie przepraszać to zaczął wrzeszczeć jak mogłam być tak bezmyślna i zabić to dziecko, jakbym zrobiła to specjalnie... Nie mogłam dłużej wytrzymać jego oskarżeń i wyszłam bez słowa... To w sumie wszystko, od tamtej pory go nie widziałam, do wczoraj.
- Wow. - wykrztusiła Maddie. - Przyznam szczerze, że tego się nie spodziewałam.
- Ja tym bardziej. - Jasmin pokiwała głową.
- Przepraszam, że ci nie powiedziałam Maddie... - i w tym momencie wszystkie usłyszałyśmy głośne huki, krzyki i strzały. Zaalarmowana podbiegłam do okna i byłam lekko zszokowana, jeśli można to tak ująć, widząc mnóstwo czarnych hummerów, należących do nikogo innego jak ruskich.
- Co oni tu robią? - Maddie była chyba tak samo zdziwiona jak ja.
- Ktoś musiał dać im cynk o tym zebraniu. - powiedziała Jasmin. Mamy na pokładzie kreta? Jeżeli to ktoś z mojego gangu, przysięgam, że gołymi rękami wyrwę mu wnętrzności. Zresztą, nieważne skąd i tak zginie.
- Co robimy? - zapytała Maddie.
- Trzeba stąd spierdalać, gdzie Nikki?
- Kiedy zaszłyśmy do jej pokoju po drodze tutaj to chyba spała, bo nie otwierała drzwi.
- Dobra, Maddie wyślij jej... - nagle do pokoju wpadł nie kto inny jak Nikki razem z chłopakami. - Czy zawsze coś musi mi przerywać?
- Wybacz, że nie poczekaliśmy, aż dokończysz swoją zapewne interesującą przemowę. - powiedział ironicznie Nate. - Ruscy nie chcieli czekać.
- Pierdol się.
- Chciałbym mała, ale musisz trochę odpocząć. - brunet wyszczerzył do mnie zęby, uśmiechając się jak idiota, którym zresztą jest. Seksowny idiota. Oj, zamknij się.
- Ej. - wtrącił się młodszy Maloley. - Działamy czy będziecie się teraz ze sobą droczyć? Mamy mało czasu.
- Racja. - pokiwałam głową. - Dziewczyny w tej największej walizce są pistolety, bierzcie je i spadamy stąd.
Byłam bardziej niż wkurwiona. Do cholery, musiałam zostawić walizki wypełnione ubraniami wartymi dziesiątki tysięcy dolarów. Najgorszy dzień ever. Potrząsnęłam głową, starając się nie myśleć o niczym innym tylko o "ewakuacji".
- Może najpierw założyłabyś spodnie? - powiedział Nate i wszystkie spojrzenia zostały skierowane na mnie, a właściwie na moje gołe nogi i tyłek. Z prędkością światła wciągnęłam na nogi dresy i włożyłam na stopy air force'y, chowając do kieszeni spodni portfel i telefon. Wyciągnęłam z walizki, o której wcześniej mówiłam dziewczynom moje dwie beretty i chwilę po tym powoli wyszliśmy z mojego pokoju na pusty i cichy korytarz.
- Na końcu korytarza jest wyjście ewakuacyjne, schody prowadzą do podziemnego garażu. - mruknęłam cicho, tak żeby tylko moi towarzysze mogli mnie usłyszeć.
- Myślisz, że są aż tak głupi, żeby go nie obstawić? - odpowiedział Nate.
- Jeżeli nawet to napewno jest ich tylko kilku, poradzimy sobie. - bez żadnych przeszkód udało nam się przedostać do drzwi ewakuacyjnych i na nasze szczęście były otwarte. Pierwsze kilka pięter przeszliśmy bez problemów, ale gdy coraz bardziej zaczęliśmy zbliżać się do niższych pięter hotelu można było usłyszeć krzyki i ciężkie kroki wrogów. Co za idioci, żaden z nich nie wpadł na to, żeby sprawdzić te schody. W końcu udało nam się bezszelestnie dotrzeć do drzwi prowadzących do podziemnego garażu. Przez małe okno zobaczyłam oczywiście mnóstwo samochodów, ale także kilku ruskich. Tak jak przewidzieliśmy.
- Co robimy? - zapytał David, spoglądając to na mnie to na Nate'a.
- Jest ich ośmiu, dokładnie tyle ile nas. - powiedział Nate i każdy z nas, wiedząc jaki jest plan pokiwał głową. Wszyscy po kolei wyszliśmy na parking najciszej jak potrafimy i udaliśmy się w kierunku naszych celów. Wyjęłam z tylnej kieszeni spodni podręczny nóż, stając dokładnie za mężczyzną, którego puknęłam delikatnie palcem w ramię. Odwrócił się w moją stronę ze zdziwioną miną i zdążył tylko wydać cichy jęk, kiedy poderżnęłam mu gardło. Kurwa, skuteczny sposób, ale brudzi jak cholera. Rozejrzałam się po parkingu i zobaczyłam, że innym też się udało. Nie spodziewałam się niczego innego. Spojrzałam znów na trupa przede mną, zauważając wiszące przy jego pasku kluczyki od hummera. Z szerokim uśmiechem na twarzy odpięłam je i podeszłam do pozostałych. Akurat stali przy samochodzie.
- Prowadzisz. - powiedziałam, rzucając kluczyki w kierunku Nate'a. Wszyscy zapakowaliśmy się do środka, mi niestety przypadło miejsce z przodu. Brunet bez słowa odpalił silnik i ruszył w kierunku wyjazdu z parkingu. Ku zdziwieniu chyba nas wszystkich przed hotelem nie było ani jednego ruskiego, dzięki czemu mogliśmy spokojnie przejechać.
- Trzymaj. - spojrzałam w stronę Nate'a, który trzymał w dłoni jointa i zapalniczkę. Bez słowa przyjęłam "prezent" i westchnęłam z ulgą, czując przyjemne uczucie rozluźnienia rozchodzące się po moim organiźmie.
- Dzięki. - mruknęłam ledwo słyszalnie, ale Maloley usłyszał, co poznałam po głupim uśmieszku na jego twarzy. Eh, to będzie długa droga.
- Co robimy? - zapytał David, spoglądając to na mnie to na Nate'a.
- Jest ich ośmiu, dokładnie tyle ile nas. - powiedział Nate i każdy z nas, wiedząc jaki jest plan pokiwał głową. Wszyscy po kolei wyszliśmy na parking najciszej jak potrafimy i udaliśmy się w kierunku naszych celów. Wyjęłam z tylnej kieszeni spodni podręczny nóż, stając dokładnie za mężczyzną, którego puknęłam delikatnie palcem w ramię. Odwrócił się w moją stronę ze zdziwioną miną i zdążył tylko wydać cichy jęk, kiedy poderżnęłam mu gardło. Kurwa, skuteczny sposób, ale brudzi jak cholera. Rozejrzałam się po parkingu i zobaczyłam, że innym też się udało. Nie spodziewałam się niczego innego. Spojrzałam znów na trupa przede mną, zauważając wiszące przy jego pasku kluczyki od hummera. Z szerokim uśmiechem na twarzy odpięłam je i podeszłam do pozostałych. Akurat stali przy samochodzie.
- Prowadzisz. - powiedziałam, rzucając kluczyki w kierunku Nate'a. Wszyscy zapakowaliśmy się do środka, mi niestety przypadło miejsce z przodu. Brunet bez słowa odpalił silnik i ruszył w kierunku wyjazdu z parkingu. Ku zdziwieniu chyba nas wszystkich przed hotelem nie było ani jednego ruskiego, dzięki czemu mogliśmy spokojnie przejechać.
- Trzymaj. - spojrzałam w stronę Nate'a, który trzymał w dłoni jointa i zapalniczkę. Bez słowa przyjęłam "prezent" i westchnęłam z ulgą, czując przyjemne uczucie rozluźnienia rozchodzące się po moim organiźmie.
- Dzięki. - mruknęłam ledwo słyszalnie, ale Maloley usłyszał, co poznałam po głupim uśmieszku na jego twarzy. Eh, to będzie długa droga.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz